[(Nie)Codziennik fotograficzny] Milczenie owiec

Kiedy wybieramy się w teren, to zwykle z określonym celem sfotografowania pewnych gatunków, ale także z otwartym umysłem i oczami na inne możliwości. W fotografię przyrody wpisane jest też niestety niepowodzenie i frustracja, kiedy mimo wielkich zamiarów i przygotowania nie wydarza się nic ciekawego i do domu wraca się z pustą kartą pamięci. Tak też się czułam wracając z wyprawy nad Zalew Goczałkowicki, gdzie widziano dzień wcześniej szczudłaki, które dla nas jednak nie chciały specjalnie wystąpić. Widzieliśmy tylko jednego, z bardzo daleka, więc szans na dobre ujęcia nie było żadnych. Pełni rozczarowania dreptaliśmy sobie wałem w stronę samochodu, kiedy na przeciwko wyłoniły się runem obrośnięte owcze łby.

Za każdym razem, kiedy patrzę na owcę, jak one patrzą na mnie, wydaje mi się, że wiedzą o mnie wszystko. Zwróćcie kiedyś uwagę na ich oczy. Są czujne, bystre i niezwykle przenikliwe i z łatwością mogłyby konkurować z krowimi i kozimi. Nie mogę zrozumieć, dlaczego udomowione zwierzęta traktowane są przez wiele osób tak materialnie, podczas gdy są to tak samo czujące i żyjące jak my istoty. Był to jeden z głównych argumentów, dla których przestałam jeść mięso. Mogę zdrowo i smacznie funkcjonować bez niego, więc dlaczego miałam tego nie zrobić?

Niewielkie stadko owiec pojawiło się na naszej drodze i postanowiło zrekompensować fotograficznych brak szczudłaków. Tomek zajął się wypatrywaniem oraz oznaczaniem mew i rybitw (a w domyśle szczudłaków – bo może jednak wystąpią), a ja rozsiadłam się w trawie, zniżyłam statyw na minimalną wysokość i zaczęłam obserwować nadchodzącą ekipę. Wprawdzie do dzikiej przyrody było im daleko, to tak ładnie się prezentowały w zielonej trawie, że żal by było zignorować taką okazję. Do tego światło zagrało idealnie, więc nie pozostawało mi nic innego, tylko przyłożyć oko do wizjera i szukać kompozycji. Prawdopodobnie należały do mieszkającego w okolicy gospodarza, który pozwalał im na samodzielne wędrówki w okolicy, a może po prostu mu zwiały.

Już po krótkiej obserwacji można było wywnioskować, że każda z owiec miała inny charakterek. Była przywódczyni, były strachajły chowające się za nią, stając się wówczas najodważniejszymi owcami na świecie. Był gapcio, nie do końca łapiący intencje reszty (po latach obserwacji zwierząt stadnych stwierdzam, że zawsze i wszędzie w grupie musi się znaleźć przynajmniej jeden gapcio), był rozrabiaka oraz kilka niewyróżniających się ze stada posłusznych zwierzaków.

Warunki pozwoliły na to, że mogłam je fotografować zrównując się z poziomem ich oczu, co jakość kadru winduje o kilka poziomów wyżej. Owce znajdowały się w sporej odległości od granicy lasu, więc głębię ostrości też było w miarę łatwo stworzyć. Kolejna rzecz to bliskość. Owce człowieka się nie boją. Wszak nie podeszły do mnie tak blisko jak kozy, które próbowały zjeść mój plecak fotograficzny, ale obiektyw wyrabiał na tyle, że później przy edycji zdjęć nie musiałam prawie w ogóle wycinać kadrów. Do tego kolory i popołudniowe światło. Innymi słowami warunki dla fotografa przyrody idealne, tak rzadko pojawiające się razem. Nie wspominając o komfortowej temperaturze i braku komarów.

Jeżeli podobają Ci się zdjęcia z tego wpisu i chciałbyś je otrzymać w wersji drukowanej, skontaktuj się ze mną.

Zapraszam do polubienia mojego fanpage’a.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.